Andrzej Z. pseud. Słowik – domniemany boss Grupy Pruszkowskiej. Oskarżony w sprawie zabójstwa gen. Marka Papały. Według przyjętej wersji śledczej Słowik brać miał udział w poszukiwaniach mordercy i w rozmowach prowadzonych z udziałem Edwarda Mazura, Nikosia, Kazimierza Hedberga i Artura Zirajewskiego w wyniku to których zgładzony został były szef polskiej policji.
Przy jednym stoliku usiąść mieli współpracujący ze służbami specjalnymi multimilioner – przyjaciel premierów i ministrów, skonfliktowani przywódcy dwóch potężnych gangów, umierający na raka esbecki konfident i prymitywny bandyta z nizin półświatka o znikomym ilorazie inteligencji. W atmosferze solidarności, zrozumienia, i nagle zaistniałej ponad podziałami przyjaźni, bez obaw o dożywotnie wyroki w przypadku czyjejkolwiek zdrady, planują z bliżej nieustalonego powodu zabójstwo odsuniętego od służby spolegliwego i pozbawionego wpływów urzędnika państwowego.
Nikoś doprowadził do aresztowania w 1994 roku Pershinga – ówczesnego przyjaciela Słowika, wspierał również w krwawej wojnie z Pruszkowem tzw. Mafię Wołomińską. Prawdopodobieństwo pokojowych rozmów pozostaje znikome, zwłaszcza, gdy ich motywem miało być wspólnie dokonane zabójstwo i związana z tym chęć zarobienia 40 000 dolarów amerykańskich. Dla gangsterów obracających dziesiątkami milionów zł, suma taka była śmieszna, a już na pewno nie warta kłopotów związanych ze śmiercią wysokiego rangą oficera.
Mazur „namawiać” miał Zirajewskiego do dokonania zbrodni. Wytrawny, globalny gracz powiązany z Jeremiaszem Barańskim i rezydentem rosyjskiej mafii Ricardo Fanchinim, przyjaciel generałów SB, zawierzyć miałby dyskrecji młodego kryminalisty o wyglądzie i obyciu chuligana osiedlowego, mówiącego niegramatycznie i niezbyt mądrze. Zamiast wynająć doświadczonego zabójcę ze Specnazu lub KGB, kontrakt na generała powierzyć wolał chłopcu na posyłki, którego jedynym sukcesem była nie profesjonalna egzekucja, a bestialskie zakatowanie bezbronnego człowieka.
Nikoś pozostawał w połowie lat 90-tych protektorem Ryszarda Boguckiego, ten prowadził dla trójmiejskiego bossa m.in. autokomis w Bytomiu. Teoretycznie zlecenie udziału w zabójstwie Papały mogło zostać tym kanałem przekazane. Jednak Nikoś korzystał w tamtym czasie z usług ukraińskiego zabójcy Siergieja Sienkiva, który to m.in. przyjął kontrakty na sędzię Barbarę Piwnik oraz niewygodnych prokuratorów. Jeśli w zleceniu pośredniczyłby Nikoś, na Papałę polowałby właśnie były komandos Siergiej, a nie oszust gospodarczy Bogucki. Sprawstwo Sienkiva zostało jednak wykluczone przez policję.
Artur Zirajewski rozpoznał w trakcie okazania Edwarda Mazura. To on miał głośno i przy obcych osobach rozpytywać o chętnego do zabicia zaprzyjaźnionego generała policji. W jednym rzędzie ustawiono kilku niechlujnych kryminalistów z nizin społecznych, a pośród nich jednego eleganckiego biznesmena w jaskrawej kurtce. Wcześniej Zirajewski wielokrotnie zmieniał zeznania, nielogicznie klucząc, zaprzeczając sobie i innym świadkom. W areszcie przeszedł załamanie nerwowe, jego bliscy obawiali się samobójstwa. Wreszcie Artur „przypomniał” sobie, jak to naprawdę było, a zamiast dożywocia za inne popełnione zbrodnie otrzymał wyrok 15 lat więzienia.
Andrzej Z., podobnie jak inni bossowie Pruszkowa, już dawno mógłby liczyć na opuszczenie aresztu, gdyby nie śledztwo w sprawie Papały. Perspektywa dożywocia, niemal pewnego w świetle politycznego i medialnego zapotrzebowania na „winnych”, skutkowała po wielu latach przyznaniem się Słowika do części zarzutów. Nie do zabójstwa jednak, a do pozorowania zainteresowania tym kontraktem. Sąd i prokuratura oczekują wskazania Mazura jako zleceniodawcy. Potwierdzające ten stan rzeczy zeznania stanowią, tak jak to miało miejsce w przypadku Zirajewskiego, przepustkę do łagodnego wyroku i wolności. Wystarczy tylko potwierdzić skierowanie prośby o pomoc w zbrodni do wroga – Nikosia. Zmarły już nie zaprzeczy.
* * *
Kto zabił Komendanta Głównego Policji? W ocenie autora niniejszego artykułu, zbrodnię tę popełnił... człowiek, który 25 czerwca 1998 roku pociągnął za spust na parkingu przed blokiem mieszkalnym przy ul. Rzymowskiego 17 w Warszawie. Kim jednak była ta osoba, opinia publiczna w sposób wiarygodny nigdy już nie zostanie poinformowana. Również każdy proces sądowy pozostanie koniunkturalnym widowiskiem nastawionym na zaspokojenie zazwyczaj przedwyborczych deklaracji.
Bezpośredni egzekutor prawie na pewno od wielu lat nie żyje. Biorąc pod uwagę stopień konspiracji i eliminacji świadków zdarzenia, zabójcę najpewniej zlikwidowano tej samej nocy, co Papałę. Ciało trafiło do beczki z kwasem, Wisły lub dołu w lesie. Dlatego sprawcy nigdy nie ujęto. Łańcuch został przerwany. Kłębek pozostał, nitki zabrakło.
Na ruszcie zabójstwa generała obnażono wierchuszkę naszych elit, uwikłaną w międzynarodowe interesy handlarzy narkotyków i broni, tajne operacje służb wrogich państw i zależności biznesowo-polityczne.
Zaryzykować wręcz można stwierdzenie, że zabójstwo policjanta, nawet w stopniu generała, nie jest najistotniejszą częścią problemu. Skandalem nie była jednostkowa zbrodnia, do których dochodzi każdego dnia w każdym kraju. Skandalem nazwać można dopiero ujawnione przy okazji inne wątki i ich ilość, a oplatające Papałę i Rzeczpospolitą niczym sycylijska Ośmiornica. Generalicja komunistycznych służb bezpieczeństwa bratająca się z premierami, ministrami i posłami, ale też i przywódcami przestępczości zorganizowanej nastawionej na liczone w setkach milionów dolarów zyski z międzynarodowego handlu narkotykami, bronią i kradzionymi pojazdami, z przestępstw hazardowych, oszustw podatkowych i płatnych zabójstw. Fasada uśmiechów opadła, została prawdziwa twarz towarzystwa Komendanta Głównego Policji.
Gen. Marek Papała spełnił swój plan. Ujawnił układ. Wskazał na swoim przykładzie, jak bezwzględne osoby rozdają karty w dzisiejszej Polsce. I życie jednostki nie znaczy nic. Świadkowie mogą umierać jeden po drugim, matactwa w priorytetowych śledztwach prowadzą do ich faktycznego umorzenia, a rzeka narkotyków i brudnych pieniędzy nigdy nie przestanie płynąć. Oto spuścizna i rzeczywista konsekwencja śmierci Marka Papały. W tym świetle, jedna śmierć pozostaje naprawdę mało istotna. Nie ważne kto pociągnął za spust, ten jeden z tysięcy razy.
Ważne, że swój grosz do honorarium zabójcy dołożył każdy narkoman kupujący działkę heroiny czy amfetaminy. Każdy skorumpowany urzędnik umożliwiający dokonywanie oszustw na szkodę Skarbu Państwa i przymykający oko na nieuczciwość kolegów. Każdy egzekutor, ale i milczący płatnik haraczu. Każdy prokurator, który dla lepszej statystyki umorzy na koniec kwartału parę drobnych śledztw. Każdy wrzucający monetę do automatu do gier, wstawionego przez spółki kapitałowe powiązane z międzynarodową mafią. Każdy kupujący „taniej” części do swego samochodu. Lista zabójców Papały jest zbyt długa, by osądzić i skazać każdego z nich.
Czy jest aż tak źle? Według akt śledztwa o sygnaturze VI Ds. 77/98, w sprawie zabójstwa przy użyciu broni palnej w dniu 25 czerwca 1998 roku w Warszawie Marka Papały, tj. o przestępstwo z art. 148 § 1 K.K – tak. Jest jednak promyk nadziei.
Nikt nigdy nie uwzględnił bowiem kwestii wydawałoby się oczywistej. W każdym przypadku śmierci istotnych świadków zawiodły wszelkie elementy systemu ochrony ze strony urzędów państwowych. Jeremiasz Barański „przez pomyłkę” otrzymał z pralni swój, przed wieloma miesiącami zarekwirowany, pasek do spodni, na którym następnie się powiesił. Awaria kamer nie umożliwiła odtworzenia ostatnich chwil pod celą Baraniny, a jego ciało znalazło dwóch, a nie jeden, strażnik więzienny, choć właśnie jeden powinien dokonać obchodu. Pamiętać należy, iż Barański był ważnym światkiem w austriackich śledztwach antymafijnych dot. działalności m.in. Rosjan i globalnego transferu narkotyków, a także jego zeznania umożliwiły rozbicie tamtejszego odpowiednika FBI – czyli skorumpowanej służby policyjnej EDOK.
Artur Zirajewski był narażony na śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony zleceniodawców mordu na szefie polskiej policji. Podobnie deklarujący złożenie zeznań Tadeusz Maziuk – morderca ministra, mógł ujawnić wiele ważnych wątków działalności struktur paramafijnych w Polsce, a samobójstwo popełnił również w chwili awarii kamer i przed spotkaniem z prokuratorem. Zapiór zaginął w Egipcie, skąd mógł po prostu niezauważony uciec do Izraela, z którym to wiele go łączyło. Tam byłby nietykalny. Śmierć Zachara z rąk młodych wilków również była do bólu oczywista, a zarazem niewiarygodnie dobrze udokumentowana nagraniami kamer straży miejskiej. Tak, jakby nikt miał nie mieć wątpliwości, że świadek nie jest już groźny.
Być może informacje te wcale nie znaczą o skrajnej niekompetencji europejskich służb, lecz przeciwnie, dowodzą wdrażania szczególnie skutecznego programu ochrony świadków pozorującego śmierć niewygodnych osób? Być może sprawcy najpoważniejszych zbrodni już dawno zostali wyeliminowani w drodze pozakulisowych działań?
Miejmy taką nadzieję, w przeciwnym wypadku jest gorzej, niż źle.
Kazimierz Turaliński