Kraków, dzielnica Nowa Huta. 17 czerwca 2003 roku, godzina 15.20. Uzbrojeni w broń palną konwojenci opuszczają budynek Mostostalu położony przy ul. Ujastek. Z pobraną gotówką kierują się w stronę zaparkowanego nieopodal bankowozu. W tym samym momencie w pobliże biurowca podjeżdża ciemnozielony Volkswagen Passat.
Zarówno kierowca jak i pasażer pojazdu ubiorem również przypominają ochroniarzy, jednak prócz wojskowych uniformów założyli dodatkowo kominiarki. Padają strzały. Jeden z konwojentów z przestrzelonym udem upada na chodnik. Przez kilkadziesiąt sekund trwa ostra wymiana ognia. Spłoszeni zdecydowaną reakcją ochroniarzy przestępcy, uciekają bez łupu. Jednego z nich dosięga celnie posłana kula.
Pościg
Zaalarmowana policja zarządza blokadę dróg w całej Nowej Hucie. Patrole intensywnie poszukują pojazdu, którym poruszali się sprawcy napadu. Funkcjonariusze odbierają informację, iż w chwilę po zajściu, Volkswagen najprawdopodobniej został zamieniony na srebrną Hondę Accord. Samochód tej marki i koloru zlokalizowano na os. Szkolnym. Zarządzona zostaje dyskretna obserwacja terenu, w odwodzie oczekuje pododdział antyterrorystyczny.
Około godziny 19.00 domniemani sprawcy napadu wracają do pojazdu. Policjanci pozwalają im zająć miejsca w Hondzie i uruchomić silnik, po czym radiowozami blokują drogę ucieczki. Zatrzymani to 25-letni Dariusz R. i 38-letni Dariusz Sz. Według zgodnych zeznań biorących udział w akcji oficerów, przed usunięciem z pojazdu obaj podejrzani zażywają duże ilości nieznanego białego proszku. Jak zakładają śledczy, ma to być amfetamina. Ranny miał rzekomo próbować uśmierzyć nią ból. Decyzją policjantów zostaje on przewieziony do szpitala, skąd, po opatrzeniu powierzchownej i niegroźnej rany postrzałowej nogi oraz ogólnej konsultacji toksykologicznej, trafia do policyjnego aresztu. Starszy z domniemanych sprawców jeszcze tego samego dnia bierze udział w przeprowadzonej na ul. Ujastek wizji lokalnej.
Spowiedź i samobójstwo zbrodniarzy
W czasie jej trwania, około godz. 22.00, zatrzymany zaczyna uskarżać się na bardzo złe samopoczucie. Decyzją śledczych Sz. zostaje przewieziony na oddział toksykologii szpitala im. Rydygiera. Około północy policjanci z aresztu odnajdują nieprzytomnego Dariusza R. Na miejsce docierają dwie karetki pogotowia, prowadzona jest reanimacja. Mężczyzna umiera o godz. 2.45 w nocy. Około godz. 8.00 rano w szpitalu lekarze stwierdzają zgon drugiego zatrzymanego. Objawy w obu przypadkach wskazują na śmiertelne zatrucie arszenikiem.
Do prasy docierają, ze źródeł, policyjnych informacje o zmarłych. Określa się ich jako znanych organom ścigania kryminalistów powiązanych z przestępczością zorganizowaną, wielokrotnie karanych za bójki, pobicia i rozboje. Ujawniona zostaje wiadomość o odnalezionej w ich pojeździe nielegalnej broni - pistolecie maszynowym Skorpion oraz pistolecie CZ wraz z amunicją. Dodatkowo w bagażniku znaleźć miano dwa kilogramy amfetaminy.
Pomimo krótkiego czasu zatrzymania, domniemani przestępcy przekazali dużo informacji na temat swej działalności. Dariusz Sz. wskazał garaż, w którym porzucono wykorzystanego w napadzie Volkswagena, choć tym samym ujawnił obciążające go dowody. Wewnątrz zabezpieczono m.in. pojemnik z napisem "trójtlenek arsenu", broń, a także ślady prochu. W jego mieszkaniu odnaleziono rozporcjowaną do detalicznej sprzedaży amfetaminę oraz wykorzystany w rozboju rewolwer Astra. Podejrzewany miał się przyznać do winy, którą obciążył także kolegę. Obaj mieli też zapewniać, pomimo zawrotów głowy, omdleń i bólów, iż zażyli tylko proszek do pieczenia. Wszelkie wątpliwości, co do okoliczności śmierci zatrzymanych, miały wyjaśnić sekcje zwłok.
Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa...
Nim jednak do nich doszło, dziennikarze opublikowali informacje obalające wiele twierdzeń policji. Podstawową z nich było ewidentne kłamstwo dotyczące przestępczej działalności zmarłych. Dariusz R. cieszył się nieposzlakowaną opinią, był nigdy niekaranym instruktorem samoobrony i studentem Politechniki Krakowskiej. Drugi z podejrzewanych odpowiadał wyłącznie za podrobienie biletu autobusowego. Elementami łączącymi zmarłych z policją były jedynie wspólne szkolenia militarne, w których młodszy z zatrzymanych brał udział.
Ponadto, obaj pracowali jako bramkarze w klubie muzycznym K. położonym na krakowskim Zabłociu. Tam też bawili się zwykle, prócz studentów pobliskiej uczelni, przedstawiciele młodego pokolenia małopolskich przestępców. Dodatkowo wykryto, iż wraz z R. i Sz. klub najprawdopodobniej ochraniany był przez nielegalnie do tego celu zatrudnionych policjantów wydziałów kryminalnych. Tajemnicą poliszynela jest, że grupa kontrolująca bramki dyskotek i klubów, czerpie też korzyści z detalicznego handlu narkotykami w podległych lokalach.
Sekcja potwierdziła jako przyczynę zgonu zatrucie związkami arsenu, przy czym wykluczono możliwość udzielenia jakiejkolwiek skutecznej pomocy medycznej. Jak stwierdzono, przyjęty doustnie arszenik kilkusetkrotnie przekraczał śmiertelną dawkę. Ponadto, we krwi denatów wykryto śladowe ilości amfetaminy. Ze względu na naciski opinii publicznej, celem zapewnienia obiektywizmu w toku postępowania, śledztwo w sprawie zgonu podejrzanych w całości przejęła tarnowska prokuratura. Krakowskim organom pozostawiono jedynie postępowanie dotyczące napadu na konwój.
Puzzle klejone arszenikiem
Pierwotnie zakładano, iż być może trującą substancję zażyto bezwiednie, wraz z amfetaminą. Scenariusz ten oznaczał groźbę wprowadzenia na rynek nieznanej ilości zatrutego narkotyku, a co za tym idzie, obawę ogromnej liczby dalszych zgonów. Wywołana tym w mediach panika przyćmiła inne nieścisłości.
Dalsze zastrzeżenia przyniósł życiorys R. Przed śmiercią kończył on ostatni rok studiów na wydziale Inżynierii i Technologii Chemicznej. W ramach koła naukowego przygotowywał pracę o temacie "Przyszłość CO2 w syntezie chemicznej". Był doskonale zorientowany w działaniach wszelkich środków chemicznych, tak więc i trucizn. Bez trudu mógł wytypować o wiele skuteczniejszą, szybciej i mniej boleśnie zabijającą substancję chemiczną. A co ważniejsze, łatwiej dostępną. Odnaleziony w samochodzie pojemnik z trójtlenkiem arsenu był od wielu lat niedostępny na terenie Polski, sam obrót tym środkiem jest ściśle reglamentowany.
Pierwotnie zakładano, iż R. skradł arszenik z uczelni, lecz szczegółowa kontrola nie wykazała żadnych braków. W samobójcze odurzenie nie wierzą też osoby znające zmarłego. Wyczynowo uprawiał on bowiem sporty walki, zdobywał medale w turniejach kickboxingu, uczestniczył w międzynarodowych szkoleniach militarnych. Prowadził bardzo zdrowy tryb życia, nie pił nawet kawy, od wszelkich używek stronił. Tym mniej prawdopodobne wydaje się nagłe zażywanie amfetaminy oraz świadome skazanie się na wielogodzinną okrutną agonię. Zwłaszcza, iż za dokonany rozbój groziła maksymalnie kara 12 lat pozbawienia wolności.
Dotychczasowa niekaralność, przyznanie do winy, współpraca z wymiarem sprawiedliwości oraz dobre sprawowanie w zakładzie karnym oznaczało jednak realnie, co najwyżej, kilkuletni pobyt za kratami. Trudno uwierzyć, by taka perspektywa była dla obu podejrzanych, przedstawianych jako zatwardziałych recydywistów, straszniejsza od ofiary z własnego życia. Co więcej, dziwi też, że świetnie wyszkolony człowiek stawiający na szali swoje życie, nie zabił konwojentów. Zakładając samobójstwo w przypadku porażki, a podkreślane przez organy ścigania okoliczności wskazują na w pełni planowe działanie, napastnik mógł pozwolić sobie na eliminację każdej przeszkody by zwiększyć prawdopodobieństwo powodzenia napadu. Wielokrotnie podczas ataków na konwoje pierwsze kule niosły śmierć. Jednak w tym przypadku strzelano w nogi ochroniarzy.
Kryminał z powyrywanymi kartkami
Kolejne wątpliwości budziło działanie samych podejrzanych. Napadu dokonano w kominiarkach, świadkowie nie rozpoznali więc twarzy napastników. Gdy atak został odparty i sprawcy musieli ratować się ucieczką, perspektywa aresztowania przybliżała się. Skrupulatnie przygotowano sam rozbój: zakupiono na czarnym rynku trzy jednostki broni palnej, wykorzystano skradziony pojazd, zadbano o odpowiedni strój utrudniający identyfikację, a na miejsce ataku wybrano punkt, w którym konwojenci dysponować będą już dużą ilością zainkasowanej gotówki. Jednak później, nieopatrznie nie zniszczono koronnego dowodu, czyli użytej broni, lecz wręcz wskazano śledczym miejsce jej pozostawienia. Podobnie w mieszkaniu jednego z domniemanych sprawców policja odnalazła amfetaminę wartą więcej niż ładunek konwoju.
Żaden rozsądny przestępca, planujący spektakularny rozbój, nie pozostawiłby w miejscu tak łatwym do lokalizacji drogocennego towaru, w dodatku zwiększającego grożącą karę. Jak zeznali prowadzący zatrzymanie policjanci, w chwili pojawienia się radiowozów, domniemani sprawcy jednocześnie i z pełną determinacją zażyli ogromne ilości białego proszku, który później okazać miał się arszenikiem. Dlaczego jednak zamiast popełnić samobójstwo choćby bronią palną, którą dysponował, chemik przygotował na taką ewentualność środek gwarantujący wielogodzinne męczarnie? I dlaczego, rzekomo świadomi nadchodzącej śmierci, ochoczo współpracowali z wymiarem sprawiedliwości?
W próżni brak punktu oparcia
Dalsze wątpliwości budziło też przewiezienie do aresztu osoby, która być może chwilę wcześniej przedawkowała na oczach funkcjonariuszy narkotyki. Teoretycznie błędem w sztuce zawodowej uznać można również zatrzymanie podejrzanych dopiero, gdy ci wygodnie zajęli miejsca w pojeździe. Jeśli bez przeszkód zdołali sięgnąć wówczas po biały proszek, równie dobrze mogli dobyć ukrytej broni. Sam samochód mógł zostać wykorzystany do taranowania biorących udział w akcji radiowozów i policjantów, czym zwiększono i tak wysoki stopień ryzyka operacji. O wiele bezpieczniej można było bowiem ująć domniemanych sprawców na otwartym terenie, bądź w czasie wsiadania do pojazdu. Wtedy też nie zdążyliby oni zażyć trucizny.
Przez długi okres czasu w mediach krążyły sprzeczne informacje, co do tego, w którym z dwóch zabezpieczonych samochodów odnaleziono broń. Kolejną nieścisłość ponownie ujawniły doniesienia prasowe. Jak się okazało, ani w Hondzie, ani w Passacie nie odnaleziono rzeczonych dwóch kilogramów amfetaminy. Jedyny narkotyk zabezpieczono dopiero w mieszkaniu Dariusza Sz., już po jego śmierci. Wtedy został też, rzekomo na podstawie wyjaśnień udzielonych przez samego zmarłego, odnaleziony pojemnik z trucizną oraz pozostałe niezbite dowody winy. Nie udało się natomiast ujawnić tożsamości policjantów rzekomo ochraniających klub K. Żaden z zatrzymanych nie zdążył wypowiedzieć się w tej sprawie.
Cisza
W marcu 2004 roku krakowska prokuratura uznała, iż napadu na konwój w Nowej Hucie dokonali Dariusz R. i Dariusz Sz. Ze względu na śmierć podejrzanych śledztwo umorzono. Podobnie jak postępowanie w sprawie nielegalnego posiadania przez nich broni palnej. Źródła pochodzenia broni nigdy nie wykryto. Podobnie jak zabezpieczonych narkotyków, arszeniku oraz innych dowodów rzeczowych kluczowych w śledztwie. Zupełnie jakby pojawiły się znikąd, jedynie w celu potwierdzenia winy zmarłych.
W grudniu 2004 roku śledztwo w sprawie śmierci podejrzanych umorzyła tarnowska prokuratura. Ogłoszono, iż "ani policja, ani lekarze nie przyczynili się do śmierci dwóch mężczyzn podejrzanych o napad na konwój z pieniędzmi". Według oficjalnie przyjętej wersji, domniemani sprawcy napadu na konwój popełnili samobójstwa. Nie wyjaśniono jednak szeregu towarzyszących temu zagadkowych okoliczności, ani powiązań osób zamieszanych w napad na konwój i śmierć domniemanych tego sprawców z prominentami Krakowa. Tropy w sprawie prowadziły m.in. do dawnych oficerów SB pozostających w czynnej służbie w policji oraz znanych działaczy politycznych, powiązanych z grupami przestępczymi ze Starachowic oraz strukturą wiedeńskiego bossa mafijnego Jeremiasza Barańskiego pseud. Baranina. Umorzenie postępowania ostatecznie jednak przerwało wszelkie spekulacje. Pozostała kompromitacja działań organów ścigania.
Kazimierz Turaliński