Nie ma znaczenia, jakiej barwy partia sprawuje władzę - czerwona, czarna czy biała. Miejsce IV władzy, a także V zawsze pozostaje w opozycji. Na tym polega współczesna demokracja, oparta na podstawowym prawie natury - równowadze. Dlaczego kolejne rządy nie potrafią zrozumieć tego prostego prawidła i zamiast rozwiązywać problemy, próbują rozwiązać opozycję?
Monteskiusz, popularyzując trójpodział władz, nie przewidział rozwoju i znaczenia ciał opiniodawczych, przy jednoczesnej hermetyzacji organów już wyodrębnionych. Powstająca pustka została wypełniona przez nowe elementy równoważące. Prasę już przed laty ochrzczono czwartą władzą - po sądowniczej, prawodawczej i wykonawczej. Do rangi piątej urósł Trybunał Konstytucyjny, wyodrębniony ostatnimi czasy z macierzystej. W dobie rokrocznego powoływania z sejmowych ław, m.in. przez rolników i przestępców, setek aktów prawnych sprzecznych z Ustawą Zasadniczą, kontrola zgodności prawa z Prawem stanowi ostatnią linię oddzielającą demokrację od anarchii lub ochlokracji.
Eliminowanie środka
Pomimo ideologicznego wydźwięku, wskazana czynność niewiele różni się od testowania żelazek czy mikserów. Urządzenie takie musi być bezpieczne dla użytkownika i zgodne z lokalnymi standardami technicznymi. Natomiast kolor obudowy, cena czy nazwa pozostawione już zostają fantazji producenta. Podobnie wygląda "testowanie" prawa - analizie poddana zostaje materialna zgodność postanowień z bazowymi gwarancjami konstytucyjnymi. To "urządzenie" również nie może porazić użytkownika prądem ani wymusić zmiany kontaktów w ścianach na azjatyckie.
Masowa produkcja prawnych bubli niejednokrotnie usiłowała nakładać na obywateli fantazyjne, nie licujące z powagą państwa, obowiązki. Natomiast spójność prawa, analogicznie do obwodu elektrycznego, musi zapewnić sprawne działanie całego systemu. Gdy poszczególne elementy nie współgrają z resztą, z przyczyn technicznych muszą zostać wyeliminowane. Przynajmniej do czasu ich usprawnienia, umożliwiającego bezkolizyjną współpracę z innymi podzespołami. Nikt rozsądny nie zgodzi się na to, by prawo zajmowało w danej sprawie jednocześnie stanowiska: TAK i NIE. Zasada wyeliminowanego środka, znana absolwentom prawa i filozofii z wykładów logiki, nie dopuszcza takiej opcji. Zdanie może być prawdziwe lub fałszywe. Podobnie przepisy prawa muszą pozostawać jednoznaczne. Nie wiedzieć jednak dlaczego, posłowie traktują wykazanie owego błędu technicznego w ich dziele na równi z otwartym atakiem ideologicznym.
Niebezpieczne błędy
Pierwszym błędem takiego rozumowania jest utożsamianie krytyki formy danego zapisu z krytyką społecznych, filozoficznych lub politycznych podstaw jego uchwalenia. Bez wątpienia sędziowie Trybunału mają własne poglądy i sympatie w danym zakresie, lecz dotąd uchwały charakteryzuje zdrowy rozsądek i wyważenie ukierunkowane na poszanowanie praw obywateli. Warto podkreślić także, iż TK orzeka na podstawie aktu normatywnego, uchwalonego przez obraną w demokratycznych wyborach władzę, o ugruntowanych poglądach politycznych, a sama Konstytucja może zostać przez kwalifikowaną większość parlamentarzystów w każdym czasie zmieniona. Gdy do tego nie dochodzi - Trybunał pozostaje związany aktualnym stanem prawnym.
Drugi błąd, to oczekiwanie na życzliwe "ominięcie" rygorów Konstytucji RP w zgodzie z interesem aktualnego prawodawcy. Spełnienie tej nadziei skrywałoby jednak drugie dno. Raz nagięta dla politycznych interesów władzy powaga TK, pozwala domniemywać podobną taryfę ulgową dla każdej kolejnej warty na ulicy Wiejskiej. Także tej skrajnej. Precedens naruszenia konstytucyjnej materii, nawet w błahej sprawie, implikowałby podobną życzliwą przychylność w przyszłości. Konsekwencje tego mogą być zatrważające. Czy demokratyczne państwo prawa potrzebuje tak słabego Trybunału Konstytucyjnego? Gdyby w grudniu 1981 roku funkcjonował silny i zdecydowany na opór władzy TK, zabrakłoby możliwości zaprowadzenia pod pozorem legalności stanu wojennego i represjonowania opozycjonistów. Wówczas jednak wszelkie najsilniejsze ośrodki władzy podległe byłyby faktycznie Komitetowi Centralnemu PZPR lub ludowemu Wojsku Polskiemu.
Kolizja kompetencji
Osłabienie dziś Trybunału Konstytucyjnego skutkować może w przyszłości powtórzeniem historii. Gdyby władzę zagarnęły hipotetyczne ugrupowania skrajnie lewicowe, hołubiące Służbie Bezpieczeństwa i zwierzchności Moskwy nad Warszawą. Czy dzisiejsza (lub wczorajsza - wówczas również krytykująca) władza godziłaby się na akceptację w dniu jutrzejszym, godzących w nią i łamiących Konstytucję uchwał, podejmowanych w imię doktryny aktualnej wiodącej opcji politycznej? Nie sądzę. Precedensy bywają jednak bezlitosne. Naiwną jest wiara w lojalność komukolwiek lub czemukolwiek, słabej, ulegającej naciskom instytucji. Dla przyszłego bezpieczeństwa lepiej więc dzisiaj uznać słuszność technicznych zastrzeżeń sędziów Trybunału, a konieczne zmiany dalej zaprowadzać, ale drogą demokratycznych zmian prawnych lub dopracowaniem zakwestionowanej formy legislacyjnych bubli. Pamiętać także należy, że żaden sąd z prozaicznej przyczyny nie może opowiadać się po stronie jakiejkolwiek władzy. Jego miejsce jest bowiem zawsze w opozycji, czyli tam, gdzie zwykle po wyborach lądują obywatele. Wymaga tego równowaga systemu, zaprowadzonego na mocy naszej Konstytucji.
Owa kolizja kompetencji i oczekiwań władz najbardziej widoczna stała się w czasie prac nad ustawą lustracyjną. Z obu stron padły wówczas niepotrzebne słowa. Czy to oznacza, że należy skrytykować Marszałka Sejmu Ludwika Dorna za poszukiwanie ewentualnych dowodów współpracy sędziów TK z komunistyczną bezpieką? Nie. Fakty mające wpływ na niezawisłość sędziowską, a w szczególności stronniczość orzekania w danej sprawie, powinny zostać bezwzględnie ujawnione, a skompromitowany sędzia odsunięty od postępowania we własnej sprawie. Również merytoryczne komentarze lub sprzeczne opinie interpretacyjne ze strony Ministra Sprawiedliwości, kierowane pod adresem danego rozstrzygnięcia, nie stanowią niczego nadzwyczajnego, a w demokracji są nawet oczekiwane.
Dziejowa sprawiedliwość
Natomiast sam pomysł krytyki instytucji lustracji, w świetle naszej najnowszej historii, godzi w konstytucyjne gwarancje obywatelskie. Nie sposób bowiem, wbrew twierdzeniom m.in. polityków koalicji "Lewica i Demokraci", w zgodzie z zasadą praworządności i sprawiedliwego osądu, jak i prawa do naprawienia wyrządzonych krzywd - również moralnych, zrezygnować z napiętnowania sprawców nagannych czynów. Prawda należy się tak katom, jak ofiarom. Każdemu wedle zasług i win.
Śmieszny wydaje się argument, jakoby młodzież nie była zainteresowana sprawami komunistycznej bezpieki i wspomagających ten proceder osób. Czy gdyby większość mieszkańców wsi X opowiadała się za zaprzestaniem poszukiwania sprawcy kradzieży z pola Kowalskiego, należy istotnie zaniechać dalszego dochodzenia? Z całą pewnością ogół wsi X nie będzie prywatnie zainteresowany zrabowanymi ziemniakami, a uwagę skupi raczej na dotacjach z UE, meczu piłki nożnej i wyborach nowego wójta. Argument ten oczywiście jest więc niedorzeczny. Żyje dzisiaj zbyt wielu poszkodowanych działaniami władz PRL, aby dla powszechnej szczęśliwości i spokoju zapomnieć o tej czarnej karcie naszej historii. Nie możemy zapomnieć o prawach tych, których prześladowano, wyklęto, łamano.
Konieczne jednak wydaje się przyjęcie innych rozwiązań problemu. Konflikt pomiędzy Trybunałem Konstytucyjnym a rządem tego nie zmieni. Dotychczasowa propozycja tak lustracji, jak i deubekizacji nie jest bowiem w świetle aktualnie obowiązującego prawa, możliwa.
Głosem rozsądku nazwać można propozycję otwarcia archiwów IPN-u. Zakończyłaby ona na zawsze grę teczkami czy też obawy szantażu czołowych polskich polityków przez obcy wywiad. Karą niech będzie pełne smutnej refleksji milczenie. A że obecna Konstytucja może stać temu na przeszkodzie? Należy pomyśleć nad jej konstruktywną, nie nacechowaną gniewem, a wyważeniem spokojną zmianą. Na terenach III Rzeszy działalność nazistów wynikała z legalnie wówczas powoływanych ustaw norymberskich. Czy to przeszkodziło zgodnemu z zasadą praworządności osądzeniu zbrodniarzy po zakończeniu wojny? I czy ktoś krzyczał, o naruszeniu złotej zasady "lex retro non agit - prawo nie działa wstecz"? Tak. Naziści krzyczeli.
Kazimierz Turaliński